Start
Hitcounter
Time & Date
LIDER



pogranicze.eu   ~ portal przygraniczny



























REKLAMA


























Art


















WSPIERAMY



Fundacja "PROMETEJ" nr KRS 0000426417
- 98, Stryyska str., 79026, Lviv, Ukraine -


Konto Fundacji >>PROMETEJ<<

Serdecznie Dziękujemy Wszystkim Darczyńcą za:
- wsparcie naszych projektów pomocowych między innymi dla skoły "MAGDUSI",
nr 10, im. Św. Marii Magdaleny we Lwowie,
- dary dla Fundacji "VEKTOR" - 98, Stryyska str., 79026, Lviv,
- Towarzystwo Kultury Polskiej im. Tadeusza Kościuszki,
Dziecięco - Młodzieżowy Zespół Pieśni i Tańca "Wołyńskie Słowiki" w Łucku,

- Nyznioworicka Ogólnokształcąca Szkoła z internatem I-III poziomu akredytacji,
ul. Centralna 104, miejscowość Nyzni Worota, Wolowecki rejon, Zakarpacki obwód, 89130 Ukraina,





nr 20 
(312) 30.10.2018 - 15.11.2018

Kupując nasze pismo, wspomagasz słowo polskie na Wschodzie


Atykuły
Andrzej pisze wiersze...
autorstwa Prometej
Opublikowano:
Drukuj    Wyślij

Rzeszów chuligana. Mieszkam tu, w Rzeszowie, od lat

Andrzej Sondej

Zamieszkaj tu na stałe
W sercu kwiatów, w Rynku
W głębinie nieba przebudzony
Co na dnie studni namalował chmury
Od niechcenia

A skąd ten uśmiech w oczach dziecka?
Z tęsknoty pokoleń obudził ptaki na górze
Nie tu, w domowym podwórku
Ciepłym od dotyku słońca
Majowym wiatrem pogarbionym

Od deszczów spadających na rynny sąsiadów
I niedzielnych dzwonów głaskających czyjąś duszę
Namaszczoną kroplami płaczu
W tym małym pokoju

Zamieszkajmy tu, w tym mieście
Figlarnym, bezwstydnym
Na ulicy, w parku i w Wisłoku, w wódce, akwarium
Gdzie łabędzie są jak umarli dziadkowie
A dom ulicy przysłonią firanki przechodnia

Poszukiwanie tożsamości i piękna

   Andrzej Sondej jest poetą o wyobraźni wizyjnej, rozwichrzonej, polifonicznej, stawia elementarne pytania o sens i cel ludzkiej wędrówki, punktem wyjścia są epifanie dzieciństwa, które objawiają piękno pejzażu i udrękę świadomości postawionej wobec sytuacji granicznych. Forma wierszy nie poddaje się jednoznacznej interpretacji, mamy tu do czynienia z liryką wyznania, dialogu, polifonią sensu, co w konsekwencji prowadzi do osobnej, oryginalnej kreacji artystycznej.
   To poezja zakorzeniona z jednej strony w jednostkowym doświadczeniu, z drugiej strony wieloznaczna, nie tylko jest imitacją rzeczywistości, ale też kreacją świata autonomicznego, zdruzgotane szczątki kojarzy w nową, oryginalną rzeczywistość zmyślenia. Natura jest źródłem panteistycznej tęsknoty, ale poeta nie zatrzymuje się na fenomenach rzeczywistości, poszukuje prawd wiecznych. Niezmiennych. Poszukuje ontycznego wymiaru piękna.
   W tej poezji żywe jest słowiańskie wołanie o sens, ten elementarny, egzystencjalny, pozorne niegramatyczności i ciemność wyobraźni to źródło niespokojnej poezji, kubistyczne i rozbite formy wierszy zdradzają świadomość człowieka wystawionego na niebezpieczeństwa duchowe cywilizacji. Kim jest człowiek wobec sytuacji granicznych, wobec samotności, cierpienia, śmierci, człowiek wystawiony na dramatyczne wyzwania współczesności?
   W tych wierszach poruszają obrazy piękna, konflikt między naturą a kulturą, wspólnotą a samotnością, Bogiem immanentnym a transcendentnym, słowo prowadzi w nieznane, ale jest jedynym narzędziem poznania, busolą na morzu niepewności. Rzym jest mitem, ale Rzym dzisiaj jest doświadczeniem prawdy, stawia poetę wobec kultury śródziemnomorskiej, wobec mitologii i odwiecznej prawdy, słowo odsłania i zasłania sens istnienia, ono było na początku, ale czy dzisiaj da człowiekowi ocalenie?
   Bohater wierszy zagubiony w Wiecznym Mieście, próbuje „pokonywać groźby i strachy podróżnych czarodziei”, może „watykańska pieśń zagra na lutni”; Miasto stawia traumatyczne wyzwania, ale poeta, zabłąkany Słowianin szuka domu dla zabłąkanej duszy, skleja ułamki i odpryski pamięci, buduje swoje niepodległe państwo piękna i sensu.
© Stanisław
Dłuski

Gdybym był poetą
Napisałbym wiersz o samym sobie
O tym, jak porusza się świat
W dotyku słońca ogarnięty lękiem
I przebudzonych wojowników natchnienia
Zagubionych w przekonaniu jutra

Gdybym był dworzaninem
Nie pisałbym nic
Oprócz tego, że świat się zmienia
Z każdym dniem napotkanym
W cieniu mgły na królewskim Rynku

Jak księżniczka
Z krzykiem kruka obraza winnych
W studni zapomnienia
Przygląda się strumieniu
Tych, co byli, a są zawsze z nami

Jak ślepiec ulicy wydrążony ciałem
Przesuwa bruzdy przeorane krwią przeżycia
Tych, co trwają
Śpiewa głosem ulicy
Są tymi, którzy byli niezłomni

Na śniegu i w czarnej ziemi
Karmią się kosmosem
Śpiący motyle
W poślinionym naczyniu

Są tylko natchnieniem w zbuntowanym mieście
Tych, co mówią językiem zapomnianych twarzy
W dotyku jesieni porannym wytchnieniem
Zbierają liście w Bieszczadzkiej jesieni
W ognisku, w płomieniu oczyszczają góry zaspane.
***
Siostro jesieni - Siostro przebudzenia
Odpoczywaj w małym ognisku w czerwonej piwonii
Tylko proszę nie poniewieraj tych małych ostów
I pokrzyw majowych złotymi garściami
Bo mróz opali je z dzikości

Śmiałym dniem spokojnej drogi zaświeci purpura
Gdyby tak przejść tą ulicą, gdzie smutne szkielety
Przebierają się w niepoliczoną zimę

Zmarznięty lud (lód) na wyspie przeznaczenia
Zamraża nasze usta

Zbudujemy statek niewidzialny
I morze kwiatów namaluje słońce

Takie niesłone od ziemi
Zatopione w poczuciu jednego
Prostego słowa

Ty zioło dajny kwiatku

Pokaż się, nie chowaj swoich liści do głowy
Kto dzisiaj jest człowiekiem jesieni
Zdrajca na pokaz
Purpurowym snem narzeczonych
Bożym Narodzeniem w listopadowym śpiewie ptaków
Tak ty ptaszyno
Jesteś tym świadkiem nadziei
Co rozprasza nasze widzenie
Jesteśmy głusi i ślepi
Na głos natury.
***
Nie płacz nad ziemią
Głupcze malinowy
Z nagości to co skrywasz
Przez łzy
Krzycz głośno

Aż usłyszysz śpiew ptaka
Jednym, jedynym słońcem zaślepiony
Widzisz, jak topi się przyjaźń w kruchych dłoniach
Porośnięta chwastami

Owija się jak wąż bezwstydny
Przebija twoje martwe zwłoki
Na stary teatr dni
Tych, co już nie dotykają ziemi.
***

Jazz i wspomnienie
Ja­ro­sławowi Śmie­ta­nie w dniu koncertu Jezzmena


Gdzie jest początek a gdzie koniec człowieka
Za którym góry I lasy płoną
A potoki złociste głaszczą włosy niewidomym czaszkom
co juz nie chcą i nie plączą

w zgryzocie śmiechu nie myślą o innych
tych co juz żyją a nie umarli
w fałszywym losie upatrują zwycięstwa
Zostanie po nich popiół i wspomnienie

Nie tym co są naszymi wrogami
Co podnoszą ręce a są tylko słowa
Spala sie na stosie jak kukły malowane

A ogień i ziemia są tylko pretekstem

Do dłuższej drogi zaplutej w sidła
Na wielkim statku porośniętym pokrzywami
Gdzie nie ma pieśni zwykłych ludzi
Są tylko ślady i macewy

Głuchy krzyk pokoleń
I tych co jeszcze nie wybrali dnia narodzenia
Są tam gdzie nikt jeszcze nie czekał
Na uśmiech starca i pacz dziecka

Gdzie sie zaczyna historia człowieka
Który w swojej nagości zawstydził kwiat
róży
A na jabłoni zostawił liście
I pełny kosz zielonych jabłek niedojrzałych


Od spojrzeń dzikich ptaków
I traw zmoczonych poranna rosa
Jak by świata nie było na tej ziemi
I rwących potoków z białego brązu
Zielonych lak I bladych deszczy

Czy ten człowiek został sam
I w płaczu wyczekuje istoty bycia
Jakby samotność nie miała znaczenia
I w pustym domu zarosły osty
To bez znaczenia nic nie mogło powstać

I w ubraniu sceptyka
Pożegnało wiosnę

Az tak daleka od siebie
Napotkana gitarę upojenia.
***
wodą i nurtem
Tadeuszowi Różewiczowi

Pod białym aniołem
Gdzie świeci słońce namalowane
Figura bezbarwna rzymskich cesarzy
Wędrujemy przez Most Aureliusza

Tam, gdzie nikt nas nie zdobywa
Nie prosi o portret samego siebie
Na schodach Arrasu
We włoskich ogrodach

Gdzie ścieżki innych
Wyżłobiły szkielet rzeki
I z wodą pod prąd
I tak bez końca

Płyniemy
Obliczem innych przygnębieni
Statkiem odwróconym od powiek zielonych oczu czerwonych
Przez tę drugą stronę brzegu

Co stoją nadzy ludzie
I w płaczu przestają mówić co ich boli
W piasku mokrym od potu
Ogniem przytłoczeni

Topią się w wodzie
Osuszeni wiatrem oceanu
Budzą porannego ptaka śpiewem nocy

Wstań i podnieś ręce
Uklęknij na żabim nosie
O szarańczo, raju utopiony
Wędrowcu morskiego oka

Kosmosie, ziemio niczyja
Domem jesteś - domem otchłani
Który ucieka na zasypane ogrody
Pełne kwiatów i pszczół zarojonych.
***
List do samobójcy
dedykacja dla Robina Williamsa
Homburg 17.08.2014


To mówi ten samochwalca
Ukryty w zbroi lunatyka
Jak ślepiec w drodze

Stoi z rosą dnia,
Karmiony krwią bogów
Krzyczy dotykiem
Opuszczonych powiek

Zaślinionych ust popiołem
Wszystkich zmarłych lunatyków
Tych, co przejść przez siebie
Zwyciężonym

W barokowym wiośle płyną
Zatopieni w myślach uwodzenia
Chodzą na palcach wygnańcy losu
Poszarpanych liśćmi tamtej wiosny

Które tuliły się w oddali
Płyną ogniem tulipanów
Szeregi ptaków wspomnienia
W zaginionym liście.
***

Elegie dzieciństwa
Zaczynam od słowa w obrazie
miejskiego zegara
Z zapachem rośliny
oddycham na co dzień przytłoczona wonią odrodzenia,
która żywi się w ogrodzie dzieciństwa

rozmyślam nad pochylonym słowem pradziadka
gdy dziadek zaczął mnie uczyć pacierza
a stary dom drewniany upiększał róże przy winogronie
wtedy bocian jak paw na gruszy wyśpiewywał melodie prorocze

pamiętam
zapach jabłek i smak owocowej zupy
gdy dorastałem mój świat się skończył powtarzać
za każdym wołaniem i spóźnionym biegiem
dodawał mi siły na młodzieńcze lata

wtedy polowałem na dzikie gołębie i na zielone koniki polne
aż przyszła jesień i w niej się przejrzałem
jak dorosły młodzieniec z białą damą wyrosłem na trawie
nikomu nie powiem dlaczego

ten smak dzieciństwa we mnie śpiewa
obrazy zim bogatych w blaski słońca
wychodzę z głębi podartej melancholii
w ciepłe miejsca poranka z rosą mgły

elegie dzieciństwa pamiętam na pamięć
mojej fotografii z dziadkami w tle
na wsi gdzie rodzi się człowiek
z pomarszczoną twarzą

a jej praca wrasta w pachnący chleb
przy powidle smacznych śliwek
i winie z czerwonego wiatru nadęcia
ten smak wina odczuwam w pogoni za zielona żabą

To cała Rodzina spożywa nienasycone rozmowy
w obliczu nadchodzących świąt
zamysły umarłych bliskich są pokarmem na cały wieczór
odczuwam znużenie z przebytej drogi

zmywam z lustra zasłony dymów z podziemia
z otchłani korytarza śledzą mnie duchy umarłych
modlitwy są śladem istoty znaczenia
u Kanta świat się ubiera wyzwaniem

ta zasłona nie jest już nikomu potrzebna
a dwa łóżka sklepione miłością
już dawno ich spaliło
przy piecu w ognistej woni

a czasem w niewidocznej sieni
stoi podarowana szafa
drabina wynosi do góry karnety z przedwiośnia
namalowana na zielono zastawa

to gołąb i bocian straszy każdego poranka
jak drzwi się otwiera dużym kluczem
a z okna widać liście z orzecha
i strumień światła na żelaznej beczce

liść jabłoni znalazłem na parapecie
złoty listonosz go przysłał na święta
podbiegłem do niego a on zniknął mi z oczu
wtedy sople lodu ocierały się z bliska

tak się zaczęła moja przygoda dzieciństwa
mały rowerek ze szprychami nocy
pamiętam gdy biegaliśmy za świecącym świerszczem
w wodach ognistych popiołów

widzisz ten tunel przechodzącego krajobrazu
lasy i łąki za domem
jaskółki zapowiadają deszcz
pod strzechą kryją swoje małe tajemnice

ten staw przy zastawionym drzewami spacerem
zapatrzył się na malinowy sad
i teraz nie może jej zdobyć
wiosłami brzozy

wiosłami pór roku.
***
Nieśmiertelni, złamani
Dotknij
Ale nie zmuszaj
Abym odeszła
Od stojących bram ludzi
Śpiących myślami zapomnienia


Ogarniętym krzykiem beznadziei
Nagrobkami kształtów
Tych, co nic nie znaczą
W szatach Lachmana Łachmana

Siedzą w milczeniu
Na tapczanie mgły

Nieśmiertelni, złamani
Ocierają łzy ptakom pocieszenia

Moczem oddają to, co dostali
W nagrodę że żyją
A nie zmartwychwstali
W drodze do nieba, do ziemi

Jak motyle zbliżają się do ogrodu, do kwiatów
Szum lasu oddaje, to co zabrał
I tam, gdzie nikt jeszcze nie był
W cudzoziemskim raju

Osłodzony
Kształt pióra
Na kształt dzikiego gołębia
Rozsuwa chmury, zsyła deszcz
Tym, co stoją i patrzą zachłyśnięci.
SONDEJ Andrzej


Komentarze (0)
ŻART